::::: 25 :::::

Spędziłam wczoraj pół dnia w szafie. Drugie pół na zakupach. Postanowiłam posprzątać w szafie, przejrzeć wszystkie ciuchy, zobaczyć co jeszcze można nosić, a co nie i co ewentualnie dokupić. Zrobiłam sobie kilka kompletów. I co się okazało? Mam ciuchów na następne 3 lata :) o ile nie więcej. Wprowadziłam więc absolutny zakaz kupowania czegokolwiek przez bliżej nieokreślony, ale bardzo, bardzo, bardzo długi czas. Kupiłam sobie tylko baletki, bo moje to już czas najwyższy wyrzucić. Zastanawiam się też nad kupnem obcasów. Pierwszych w swoim życiu - takich do chodzenia na codzień.

Ech... jakie ja kobiece problemy mam :) Czyżbym dorastała? Co raz częściej mam takie typowe babskie dylematy. Malowanie paznokci, makijaż, babskie gazety, buty... No, no :) Kto by pomyślał.

A dziś... cały dzień z dwulatkiem. Nie narzekam jednak. Dwulatek wyjątkowo rozgarnięty, grzeczny i kochany. No cóż. Lubię się zajmować dziećmi. Jest to trochę męczące, wiadomo, ale sprawia też dużo radości no i przynosi korzyści finansowe :) Nie ma więc powodów do narzekań. 

Wieczorem aerobic. Zaczęłam się trochę ruszać . Poniedziałki basen (chociaż bardzo nieregularnie), wtorek aerobic, a środa znów basen. Do tego codziennie ćwiczę brzuszki. Kobieta musi przecież o siebie dbać. Dla własnego dobrego samopoczucia, ale też dla swojego mężczyzny. Uczę się tego. I powoli przekonuję się, że bycie kobietą nie jest wcale takie straszne jak mi się wydawało. A nawet wręcz przeciwnie. Oczywiście stawia wiele obowiązków (na przykład kura domowa) ale daje też wiele przywilejów, z których ja głupia nigdy nie korzystałam. A to przecież piękne i cudowne. Przepuszczanie w drzwiach, podawanie płaszcza, troska, opieka i wsparcie mężczyzny. No i wiele, wiele innych przecież :)

Straszne, że ja dopiero teraz to odkryłam. Dzięki R. i za to jestem mu bardzo wdzięczna. Wcześniej chciałam być Herkulesem. Wszystko robić sama.

Jaka ja głupia... :) 



2010-03-31 13:51:34 skomentuj (2)
::::: 24 :::::

Zapowiada się dziś długie pisanie. Nareszcie... Cały tydzień chodzę i zbieram tematy, które chciałabym poruszyć, ale jakoś nie udało mi się usiąść w spokoju i tego wszystkiego zebrać. Tysiące różnych, innych zadań. Brak motywacji i samozaparcia. I tak to potem wygląda. Na szczęście udało się dzisiaj. Sobota w Poznaniu. Sama w mieszkaniu. Cisza, spokój, a w głośnikach Macy Grey. Siedzę już w łózku. W szlafroku, z maseczką na twarzy i pomalowanymi paznokciami. Nie zrobiłam dziś nic konkretnego, ale jakoś się specjalnie tym nie przejmuje. Zrobiłam za to masę niekonkretnych rzeczy. 300 brzuszków, uszyłam pierwszą w swoim życiu bluzkę, obejrzałam nowe seriale TVN'u i takie tam inne pierdoły. I tak jak na początku nie mogłam pozbyć się gryzących wyrzutów sumienia, ta teraz dochodzę do wniosku, że ten dzień dobrze mi zrobił. 

Od czego by tu zacząć? Nie chcę chyba po raz 79ty pisać jaka to jestem beznadziejna, bo przepuszczam czas przez palce, nic nie robię choć powinnam itd, itp. Jeśli tak jest to to tylko i wyłącznie moja wina. No nie da się ukryć. Ale przecież w moim życiu dzieją się także dobre rzeczy. Np. R. 

Mieszkanie z nim bardzo wielu rzeczy mnie uczy. Przede wszystkim utwierdza w przekonaniu, że to jest Ten facet. Ten jeden jedyny i żaden inny. Nigdy czegoś takiego nie czułam, a facetów w moim życiu nie brakowało. I kto by się spodziewał, że po tak wielu dziwnych perypetiach będę sobie spokojnie mieszkała z ukochanym mężczyzną przy boku, a cała reszta świata nie będzie mnie interesowała. Przynajmniej nie w takim stopniu jak kiedyś. A męska część świata to już nie istnieje. Bo nie chcę nikogo innego. Chcę budzić się z R obok w pomiętym maksymalnie łóżku. Chcę oglądać Fakty z dnia poprzedniego do śniadania. Śmiać się z jego popołudniowych drzemek. Marudzić mu, że mi się nic nie chce. Słuchać jak on marudzi, że nic mu się nie uda i wszystko jest do dupy. Chodzić na spacery na Ostrów Tumski żeby robić zdjęcia i wracać bez ani jednego. I poznawać przedwojenny Poznań, w tórym nie wiedzieć czemu jest zakochany. Chcę i już. Nikogo innego. Jestem szczęśliwa z tym właśnie mężczyzną i po raz pierwszy w życiu jestem pewna swojego związku. 

Zaczynam szyć :) Kiedyś w graciarni kupiłam maszynę do szycia. Starego Łucznika. Kosztował jakieś 70 zł już teraz nie pamiętam. Zaniosłam ją do naprawy bo padł silnik. Zapłaciłam za to kupę kasy, postawiłam w kąt i tak stała, ale teraz się za nią wzięłam. Oczywiście czeka mnie dużo pracy i nauki z tym wszystkim, ale widzę cień szansy na rozwój :) Póki co jestem na etapie kupowania materiałów z lumpeksów :) Trzeba na czymś ćwiczyć, a nie będę przecież kupowała dobrych materiałów żeby je potem zepsuć i wyrzucić do kosza. No bo np, bluzka, którą popełniłam nie nadaje się za bardzo do noszenia. Ale nie jest też kompletną tragedią :) 

Hmm... kłamię jeszcze czasem, ale już nie tak bardzo jak dawniej. Za każdym razem jak pomyślę inaczej niż jest w rzeczywistości włącza mi się kontrolka, która męczy niesamowicie, więc odpuszczam. To dobrze bardzo. Bałam się, że to nigdy nie minie. Jednak praca nad sobą się opłaca i nie mam zamiaru tego zmieniać. Wręcz przeciwnie, mam zamiar bardziej wziąć się za siebie. 

Cóż... moje przemyślenia z całego tygodnia szlak jasny trafił. Nie chce mi się już pisać szczerze mówiąc. Myśli mi się rozbiegły dziwnie jakoś i czuję, że trzeba przestać i iść spać za chwilkę. Choć może być trudno, bo dużo kawy dziś wypiłam. Z miodem. Nawet dobra... Nie chciało mi się iść do sklepu po cukier... :)



2010-03-27 23:11:22 skomentuj (0)
::::: 23 :::::

Niesamowite jak potrafię marnować czas. Zastanawiam się czy to nie mój największy talent. Nie wiem skąd mi się to bierze. Zajmuję się tysiącami różnych rzeczy, a to co ważne odkładam stale na później myśląc, że przecież to nie zając, nie ucieknie. Albo, że przecież da się jakoś zrobić później. I co z tego, że planuję, że ustalam, że myślę jak wszystko ułożyć żeby pasowało? Jak przychodzi co do czego to i tak wszystko szlak trafia i nic dobrego z tego nie wychodzi. 

Ech... (uwaga będzie moje ulubione zdanie...) Muszę się poważnie wziąć za siebie :) No i właśnie. Śmieszy mnie to a nie mobilizuje. Grr... zła jestem na siebie strasznie z tego powodu. No ale co... Staram się dalej. I będę się starać do skutku. Same chęci nie wystarczą. Trzeba zacząć działać. 



2010-03-25 09:36:33 skomentuj (3)
::::: 22 :::::

Wyszły mi dziś prawie wszystkie zaplanowane rzeczy. Nie umyłam co prawda okna w kuchni, ale udało mi się iść ze świniami do weterynarza no i na basen wieczorem. Skutkuje to tym, że siedzę już wykąpana w łóżku i oglądam serial popijając czerwoneg reds'a (czego wcześniej nie robiłam, bo przecież reds jest dla bab :)) Nie mam sił się ruszyć i wszystko mnie boli. Ale to przyjemne uczucie. Efekt włożonego w coś mojego wysiłku :)

Sił nie mam na dłuższe pisanie nawet. 

Udało się. Pierwszy dzień ze wszystkimi prawie zadaniami :) Jutro kolejny. 



2010-03-22 22:26:37 skomentuj (1)
:::::21:::::

Skoro nawet ksiądz w kościele mówił o zaczynaniu od nowa, to moje ciągłe myślenie o tym muszę przenieść do rzeczywistości i wprowadzić w życie. 

Choć to nie do końca tak. W zasadzie nie zaczynam od początku. Zaczęłam od początku jakiś czas temu. Trochę tylko zaniedbałam siebie i wszystko czym się otoczyłam (kolejny raz zresztą), a teraz nadszedł czas porządków. Muszę się poukładać. A zaczynam od dziś. 

Mam nawet plan :) 

Chciałabym robić mnóstwo rzeczy, ale z niczym nie mogę zdążyć. Gromadzą mi się potem zaległości, do tego dochodzą nerwy i nic mi nie wychodzi.A przecież wszystko można pogodzić. Grunt to dobra organizacja czasu. W tygodniu mam dwa dni wolnego: poniedziałek i wtorek. W poniedziałki będę zajmować się biżuterią i szyciem, a wieczorem chodzić na basen. We wtorki nauka. Głównie języki, no ale też na zajęcia na uczelni. Wieczorem aerobic. Środa, czwartek i piątek mam zajęcia, ale wieczorami mogę porobić na drutach albo coś. No i więcej czasu dla R. Więcej zajęć z R. 

Zamieszkaliśmy razem. Jest cudownie. Ale mam wrażenie, że czas przecieka nam przez palce. Trochę jakbyśmy sobie odpuścili, bo przecież mieszkamy razem. Widzimy się codziennie. Boję się, że wpadniemy w rutynę. Nie chcę tego bardzo. 

Mam nadzieję, że się uda. 

 



2010-03-21 11:46:22 skomentuj (1)

Linki

BLOGI:
Chatka z trzciny
Kruche słowa
Ressea
Deaa

CRAFT
Devinette
Księżniczka w kaloszach

Archiwum

2010
marzec
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień

Credits

Stworzyła Kamila pobrano z Szablony Inventive
Kod napisał Artur
Powered by blog
Stock from Sxc